Tag Archives: legendy toruńskie


„Toruńskie opowieści”, czyli legendy online

Legendy dla dzieci – bez wychodzenia z domu

 

Szukacie nowych legend i niebanalnych zabaw dla najmłodszych? Spotkajcie się z nami w Internecie – na ekranach komputerów.  Ekipa Żywego Muzeum Piernika oraz Domu Legend Toruńskich przygotowała dla Was ,,Toruńskie opowieści” – przesympatyczne filmy dostępne online, stanowiące zwariowaną mieszankę doskonałej zabawy i edukacji, treningu wyobraźni oraz umiejętności manualnych.

„Toruńskie opowieści. Na ratunek rodzicom” to podróż w niesamowity świat toruńskich legend. Zapraszamy do wspólnej rozwojowej zabawy wszystkie dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym (ok. 4 – 8 lat.) Dla rodziców natomiast, to sposób na kreatywne spędzenie czasu w domu z dzieckiem.

 

 

 

Czego możecie się spodziewać?

 

Każdy ok. 35 minutowy odcinek „Toruńskich opowieści” składa się z 4 części. Na początku wysłuchacie pięknie opowiedzianej legendy toruńskiej. W „Legendzie o Bogumile i królowej pszczół” zdradzamy  skąd się wzięły toruńskie katarzynki! Potem zabierzemy się do zajęć plastycznych, spodziewajcie się odrobiny malowania, wycinania i klejenia. Będzie to wymagało zręczności małych rączek i ćwiczenia koncentracji.  Wszystkim aktywnościom towarzyszy jeden motyw przewodni – w tym przypadku pszczeli i piernikowy 🙂 Później pojawi się nieco ruchu a na koniec czas relaksacji. Piernikarka opowie bajkę wyciszającą. Film nagrany został we wnętrzu Żywego Muzeum Piernika. Nie mogliśmy nie wykorzystać tamtejszych możliwości – zaserwujemy Wam krótki instruktaż wyrabiania ciasta na pierniki!

Jeśli nie byliście nigdy w Toruniu – „Toruńskie opowieści” mogą być przedsmakiem wizyty u nas. Dla tych, którzy mieli okazję podziwiać miasto pierników i Kopernika z pewnością będzie to inspiracja do zaplanowania wycieczki.

 

Sam film to za mało

 

Poza filmem z legendą pobierzecie kartę zabaw i zadań. Dzięki niej dzieci poszerzą swoją wiedzę i po prostu miło spędzą czas nad łamigłówkami.

 

Nie zwlekajcie i jeszcze dziś zaproście legendy do swoich domów. Włączcie film i podejmijcie legendarno-piernikowe wyzwania. Do zobaczenia na platformie streamingowej live.poczujtorun.pl. Po kupieniu filmu będziecie mieli do niego miesięczny dostęp, wracajcie do niego tyle razy ile chcecie.

 

Opowieść o toruńskim smoku

 

 

 

Potwór nad miastem

 

Pewnego czerwcowego dnia, gdy słońce wschodziło bardzo wcześnie, cieśla Johann zbudził się przed godziną czwartą. W lecie pracował wiele i chciał jak najprędzej udać się do swych obowiązków. Otworzył szeroko okno, by wpuścić rześkie, pachnące rosą powietrze. Wtedy spostrzegł przelatujące dziwne zwierzę. Przetarł oczy nie wiedząc, czy jeszcze śni, czy niesamowita kreatura jest prawdziwa. Zerknął raz jeszcze, lecz zwierzę oddaliło się w kierunku dawnego krzyżackiego gdaniska. Cały dzień mistrz ciesielski Johann Georg Hieronimi pozostawał niespokojny. Wiedział, że to, co zobaczył, nie było ptakiem, choć szybko latało. Przypominało raczej jaszczurkę, ale te rzadko mieszkały w mieście. Czyżby był to smok?

 

Zeznanie cieśli

 

Zaniepokojony postanowił wybrać się do Ratusza i opowiedzieć wszystko, co zapamiętał. Skryba nie dowierzał temu, co usłyszał, ale skrupulatnie notował każdy szczegół. Otóż widziany 13 czerwca 1746 roku smok był maszkarą niezbyt dużą. Ciało jego było czarne, długie na trzy łokcie, lecz grube tylko na 3,5 cala. Głowa i ogon miały spiczasty kształt. Już tyle wystarczyło, by stwierdzić, że potwór nie był urodziwy. Cieśla kontynuował opis: zwierzę miało cztery jasnobrązowe nogi jak jaszczurka. Pyskowi niestety nie przyjrzał się zbyt dokładnie.

Dokument został sporządzony, lecz nikt nie planował schwytać latającego zwierza. Johann opowiadał rodzinie i przyjaciołom o swej przygodzie, coraz to bardziej ubarwiając historię. Dzieci wybrały się nawet w okolicę gdaniska na poszukiwania. Wierzyły, że zwierzę mogło się łatwo skryć w którejś z dziur w murach. Niczego jednak nie znalazły.

 

Smok powraca

 

Tymczasem do toruńskich strażników zgłosiła się Katarzyna Storchin, żona żołnierza miejskiego. Tłumaczyła, że 5 tygodni wcześniej, za oknem widziała na własne oczy latającego smoka. Zmierzał od strony Bramy Kotlarskiej, to jest stamtąd, gdzie dziś łączy się ulica Szeroka z Przedzamczem. Katarzyna relacjonowała, że zwierzę leciało, mimo że nie miało ani nóg, ani skrzydeł. Wyróżniał je długi, lśniący, tępo zakończony ogon i spiczasta głowa.

 

Co widziała Katarzyna?

 

Czy to, co widziała przestraszona kobieta, było smokiem napotkanym przez cieślę Johanna? Rzecz to zagadkowa. Czyżby to przywidzenie? Może dziecięcy latawiec? Chyba nigdy się nie dowiemy. Toruński potwór w niczym nie przypominał smoków, jakie malowali dawni mistrzowie. Nie miał zielonej łuski i potężnych łap, nie był nawet większy od konia. Ogniem zionąć też nie próbował, szkody nikomu w Toruniu nie uczynił.

Dziś natomiast każdy, kto zmierza ulicą Przedzamcze do ruin zamku krzyżackiego, zobaczy figurę smoka. Przypomina ona o tajemniczych wydarzeniach, które rozegrały się w tej okolicy.

 

Opracowanie opowieści: Dom Legend Toruńskich

Legenda o białej damie

 

Najukochańsza żona

 

W jednym z toruńskich domów zapanowała wielka żałoba. Jego właściciel, zamożny i szanowany kupiec, mimo posiadanych bogactw nie zdołał ocalić od śmiertelnej choroby największego ze swoich skarbów – umiłowanej żony. Kobieta zmarła przedwcześnie, pozostawiając krewnych w smutku i tęsknocie. Lamentom nie było końca, lecz należało ją pożegnać i wyprawić w ostatnią podróż.

Kupiec nie szukał długo najlepszego miejsca na pochówek żony. Musiała to być krypta w kościele świętych Janów. Obszerna, murowana z cegły i kamienia, taka, która przetrwa wieki. Czym prędzej dogadał się z proboszczem i nie pozostało nic innego, jak tylko złożyć nieboszczkę w kościele na marach i oczekiwać mszy żałobnej.

 

Chciwy kościelny

 

Mąż nie szczędził pieniędzy, by przyozdobić ciało ukochanej wspaniałymi klejnotami. Suknia przetykana złotą nicią, naszyjnik i błyszczące kamienie nęciły gapiów. Wabiły chciwe spojrzenia ciekawskich, obecnych pośród żałobników. Nic dziwnego, że jeden z nich uległ nikczemnej pokusie. Był to zakrystian. Gdy zapadła noc i kościół opustoszał, zakradł się w pobliże otwartej trumny. Jedynie świeca rozświetlała mrok, ale to wystarczyło, by wypatrzył najokazalszy pierścień. Łatwy łup był na wyciągnięcie ręki. Chciwość wzięła górę nad rozsądkiem, gdy tylko chwycił przystrojoną dłoń kobiety. Zdziwił się jednak, gdy opuchnięte palce nie chciały oddać pierścienia. Rozgniewany, postanowił dokończyć dzieła i odgryźć palec razem z klejnotem! W tej samej chwili nieboszczka podniosła przerażający krzyk. Przebudzona w zimnej i ciemnej świątyni wybiegła, nim złodziej się obejrzał. Podążyła ulicami Torunia do swego domu przyodziana w białą suknię widoczną z oddali w blasku księżyca. Ci, którzy nie mogli spać tej niezwykłej nocy i niechcący zerknęli przez okna, zobaczyli ją kroczącą w stronę ulicy Szerokiej. Na ich oczach szła ta, która dopiero umarła.

 

Szczęśliwy powrót

 

Nie wiadomo, jak wyglądało spotkanie kobiety z mężem. Pewne jest jednak, że proboszcz, który w największym zdenerwowaniu zjawił się o świcie w domu kupca, zobaczył parę uradowaną powtórnym spotkaniem. Wkrótce, na fasadzie domu stanęła rzeźba przedstawiająca kobietę w białej szacie. W ten sposób mąż upamiętnił radosny powrót ukochanej. Mieszkańcy, gdy ochłonęli już po tej sensacyjnej nocy, zaczęli opowiadać sobie historię o powstałej z martwych. Nazywali ją białą damą.

Nikt jednak nie mógł znaleźć zakrystiana. Dziwiono się, że tak nagle porzucił zajęcie. Czyżby postradał zmysły ze strachu i uciekł z miasta?

*

Dom przy ulicy Szerokiej 24 nie posiada już pięknego portalu z kamienną figurą Białej Damy. W kościele św. Janów zachowane są rozległe krypty, w których po dziś dzień spoczywają dawni torunianie.

Opracowanie legendy: Dom Legend Toruńskich

Legenda o powstaniu nazwy miasta Toruń

 

Miasto na brzegu Wisły

 

Wisła to najdłuższa rzeka płynąca przez nasz kraj. Widziała najważniejsze wydarzenia w jego historii. U jej brzegów wyrosły zamki i miasta. Jedno z nich, zbudowano w zakolu rzeki, na jej prawym brzegu. Za sprawą krzyżaków zostało ono ogrodzone wysokimi murami z czerwonej cegły. Wzniesiono je, by wraz z basztami i bramami otulały miasto i zapewniały bezpieczeństwo jego mieszkańcom. Wisła bacznie obserwowała, jak prędko rozkwita życie w nowym mieście.

 

Wiślane opowieści

 

Jedna z baszt, górująca nad murami obronnymi, szczególnie zwróciła uwagę wszędobylskiej rzeki. Basztę zaś, która nieustannie i w bezruchu, dniem i nocą pilnowała mieszkańców miasta, cechowała ogromna ciekawość. Któż więc, jak nie Wisła, mogła przynieść wieści z dalekiego świata?

Rzeka zaczęła snuć opowieści o tym, co widziała. W górach poiła zwierzynę, smok u stóp Wawelu pozdrawiał ją językami ognia, pracowici ludzie budowali mosty, by połączyć jej odległe brzegi. Flisacy spławiali drewno wodami Wisły, kupcy na statkach wieźli towary, a dziewczęta wzdychały za tymi, którzy długo nie wracali z podróży.

 

Wieża w niebezpieczeństwie

 

Wieża wsłuchiwała się w opowieści rzeki, lecz z czasem poczuła tęsknotę za nieznanym. Zazdrość wzrastała w niej z dnia na dzień. W ten sposób, przyjaźń między Wisłą a wieżą słabła. Baszta nie chciała już wysłuchiwać przechwałek rzeki, lecz ta wciąż szeptała jej o swych przygodach. Obojętność wieży tak rozzłościła rzekę, aż swe wody zaczęła kierować w stronę dawnej przyjaciółki. Siłą nurtu napierała w głąb lądu, a fale coraz mocniej uderzały w basztę. Ta, przerażona niebezpieczeństwem, zwróciła się do rozgniewanej rzeki:

– Wisło! Nie płyń tak blisko, bo runę!

– To ruń! – odparła złośliwie Wisła.

 

Imię dla miasta

 

Nieopodal przechodzili dwaj wędrowcy. Dotarli oni do bram niedawno powstałego miasta, zastanawiając się, jaką nosi ono nazwę. Do ich uszu dotarły niesione echem słowa rzeki, rozgniewanej na przekrzywioną już wieżę. To ruń, to ruń, to ruń – brzmiało wokoło. Podróżnicy, usłyszawszy te słowa, uznali je za nazwę miasta, do którego trafili. Nanieśli ją na mapę i od tej pory urokliwy gród nad Wisłą nosi nazwę Toruń. Podróżnicy, którzy będą spacerować wzdłuż murów miejskich, bez trudu znajdą basztę. Tę samą, która kłótni z Wisłą zawdzięcza swój kształt i nazwę – Krzywa Wieża.

*

Krzywą Wieżę możecie podziwiać do dziś. Polecamy Wam obejrzeć ją nie tylko od strony miasta, ale i od zewnątrz. Wówczas w pełni docenicie jej znaczne pochylenie i piękną ceglaną sylwetkę. Wszystkie historie związane z Krzywą Wieżą znają toruńscy przewodnicy. Nie wahajcie się ich zapytać.

Opracowanie legendy: Dom Legend Toruńskich

Legenda o toruńskich katarzynkach

 

Poczciwy mistrz piernikarski

 

Wiele wieków temu żył w Toruniu mistrz piernikarski, który cieszył się szczególnym uznaniem. Po pierwsze dlatego, że jego wyroby były niesłychanie smaczne. Po drugie, lubiano go za życzliwość. Był człowiekiem skorym do pomocy, uśmiech go nie opuszczał, a serce miał otwarte na innych ludzi. Nieraz zdarzało się, że tym, którzy byli w kłopocie, sprzedawał swoje wypieki taniej, żeby też mogli cieszyć się ich smakiem.

Mistrz miał córkę Katarzynę, dziewczynkę o równie promiennej twarzy i wrażliwym usposobieniu, co jej tata. Lubiła obserwować pracę ojca i od najmłodszych lat krzątała się po piernikarni, starając się pomóc w każdej czynności.

Mijały lata, a Katarzynka wyrastała na piękną młodą kobietę. Mistrza zaś czas naznaczał, dodając mu coraz więcej srebrnych pasm na głowie i zmarszczek na radosnym obliczu. Mimo tego pracował niestrudzenie, by zarobić na dostatnią przyszłość dla siebie i córki. Pewnego razu zapadł na ciężką chorobę i nie miał już sił wypiekać pierników dla torunian.

 

Katarzynka w roli czeladnika

 

Przysparzało mu to ogromnych zmartwień, gdyż w mieście było wielu piekarzy chętnych do zajęcia jego miejsca. Przywołał więc do siebie córkę i poprosił o zastąpienie go. Zadanie było ryzykowne. Dziewczyna w roli mistrza cechu chleba miękkiego i niewarzonego – to było nie do pomyślenia! Czeladnicy i pozostali mistrzowie nie byli zadowoleni z tego pomysłu i patrzyli na Katarzynkę podejrzliwie. Jednak tym razem postanowili zrobić wyjątek i pozwolić jej pracować. Wierzyli, że mistrz prędko wyzdrowieje i stary porządek powróci.

Katarzynka tyle razy obserwowała ojca podgrzewającego miód, wyrabiającego ciasto, odciskającego piernikowe kształty, że od razu przystąpiła do dzieła. Znała recepturę i bez trudu przygotowała porcję ciasta na pierniki. Chciała dowieść, że dorówna mu wprawą. Gdy nadszedł czas, aby wypiekom nadać kształt, okazało się, że drewniane formy wyrzeźbione przez ojca zniknęły. Zaglądała do każdego kąta, lecz nigdzie ich nie znalazła. Czyżby któryś z czeladników nie chciał, aby sprostała zadaniu? Nie chciała kłopotać mocno osłabionego już staruszka, więc postanowiła, że sama uformuje ciasto. Chwyciła nieduży cynowy kubeczek i zaczęła wycinać nim medaliony. Wkładała je parami do gorącego pieca. Lądowały blisko siebie, bo Katarzynka chciała zmieścić ich jak najwięcej. Tam, gdzie trzy pary połączyły się w jedno ciastko, powstał nieznany dotąd kształt.

 

Najlepsze pierniki w Toruniu

 

Katarzynka ułożyła ostygłe pierniki w koszu i poszła na Rynek obawiając się, czy sprzeda je pomimo dziwnych kształtów. Wielkie było jej zaskoczenie, gdy okazało się, że pachnące pierniki zaciekawiły torunian, a nawet przyjezdnych kupców. Cieszyły się większym powodzeniem niż dotychczas. Ich kształt był niepowtarzalny, a smak wyśmienity. Katarzynka nie zmieniła receptury, lecz w przygotowanie włożyła całą swoją miłość do starego ojca. Docenili to wszyscy, którzy ich spróbowali.

 

Jak rozpoznać katarzynki?

 

Kształt, który powstał nieumyślnie, przetrwał. Wiele lat po Katarzynce powtarzali go kolejni piernikarze. Nawet dziś charakterystyczna forma sześciu złączonych ze sobą medalionów jest nie do pomylenia z żadną inną. Wędrując po Toruniu za zapachem pierników, z pewnością traficie na te o wdzięcznej nazwie pochodzącej od imienia pracowitej i kochającej Katarzynki.

 

Opracowanie legendy: Dom Legend Toruńskich

Legenda o ratuszowym kalendarzu

 

Serce Torunia

 

Na toruńskim Rynku góruje Ratusz Staromiejski. Jego mury czerwienią się w słońcu i zachwycają gości z najodleglejszych zakątków świata od niepamiętnych czasów. W Ratuszu zawsze było gwarno i kolorowo. Przez bramy przejeżdżały konie, stukając kopytami o kamienny bruk. W sukiennicach kupcy targowali się o najlepsze tkaniny. Przekupki w ławach chlebowych wykładały pachnące bochenki i nawoływały o poranku do zakupów. Złoczyńcy o nieszczęśliwych oczach prowadzeni byli przez dziedziniec do sądu, gdzie miała ich spotkać sprawiedliwość. Na piętrach zaś, o przyszłości Torunia dyskutowała Rada Miejska, czyli zgromadzenie doświadczonych i mądrych mieszczan.

 

Ambitny burmistrz

 

Ponad 400 lat temu, na czele Rady stanął wyjątkowy człowiek. Był to Henryk Stroband, który zawsze miał głowę pełną pomysłów. Gdy był młody, kochał książki i sztukę. Jeździł na uniwersytety, by wśród uczonych zdobywać wiedzę i zaspokajać swoją ciekawość świata. W końcu jednak wrócił do Torunia i podjął się odpowiedzialnej pracy. Został burmistrzem! Miał rządzić Toruniem. Gdy tylko zajął swoje nowe miejsce w Ratuszu, przystąpił do planowania. Zapragnął ozdobić Toruń kilkoma nowymi budowlami. Wszystko, co przychodziło mu na myśl, kazał notować. Pewnego razu, gdy pisarz nie zdążył jeszcze zamoczyć pióra w atramencie, burmistrz już wymieniał: zbrojownia, odwach dla miejskich żołnierzy, gimnazjum akademickie z wielką biblioteką, bastiony… Na końcu wyliczanki zawahał się lekko, podrapał po głowie i zadowolony wykrzyknął: Ratusz Staromiejski! Zdziwiony skryba odważył się zapytać: jak to, przecież mamy już Ratusz?!

 

Niezwykły pomysł architekta

 

Burmistrz chciał, żeby najważniejsza budowla miasta była jeszcze wspanialsza i przynosiła Toruniowi należytą chlubę. Pierwszą rzeczą, jaką musiał zrobić, było znalezienie architekta. Spośród chętnych jeden wyróżnił się szczególnie. Miał niesłychany koncept! Chciał zrobić z Ratusza kalendarz. Burmistrz zachwycony ideą ceglanego kalendarza kazał przystąpić do dzieła. Zawierzył całkowicie w umiejętności pełnego fantazji architekta. Sale opróżniono, ustawiono rusztowania i oczekiwano wielkich zmian.

Wiele miesięcy później budowa miała się ku końcowi. Murarze wciąż uwijali się od świtu do zmierzchu, a kamieniarze wykuwali ozdobne elementy z najwyższą dokładnością. Ku zadowoleniu burmistrza mury pięły się w górę, lecz wciąż ani on, ani mieszkańcy Rynku nie widzieli kalendarza. Zaczęto nawet podejrzewać, że architekt wykiwał burmistrza i z jego obietnic będą nici.

W końcu plac budowy uprzątnięto i zwołano wszystkich, by mogli podziwiać nową bryłę Ratusza Staromiejskiego. Była to okazja do świętowania! Rada Miasta poprosiła architekta odpowiedzialnego za całe to zamieszanie o opowiedzenie o swoim projekcie. Pomysł z ceglanym kalendarzem miał być nareszcie wyjaśniony.

 

Ceglany kalendarz

 

Dumny architekt opowiadał: jedna wielka wieża, czyli najstarsza część Ratusza, symbolizuje jeden rok. Cztery małe wieżyczki na narożnikach budowli, które dodałem, oznaczają cztery pory roku. Wewnątrz urządziłem dwanaście wielkich sal, bo rok ma tyle miesięcy. Pięćdziesiąt dwie mniejsze sale są jak tygodnie w roku. Do tego potrzebne było tyle okien, ile dni ma cały rok! Oto toruński kalendarz. Stał się on powodem do dumy dla burmistrza i całego Torunia.

Był tylko jeden mały kłopot. Co z rokiem przestępnym? I z tym sobie poradzono! Raz na cztery lata wzywano murarza, który od strony dziedzińca wykuwał małe okienko. Z końcem roku zamurowywał je na kolejne trzy lata, a potem zaczynał pracę na nowo.

 

Opracowanie legendy: Dom Legend Toruńskich

Legenda o kucharzu Jordanie

 

Mamy dość krzyżaków!

Średniowieczny Toruń był piękny i potężny. Słynął z czerwonych budowli i przedsiębiorczych mieszkańców.  Wielu z nich zajmowało się handlem. Dzięki temu miasto się bogaciło, a Wisłą i szlakami lądowymi stale przybywały najróżniejsze dobra. Tymczasem rycerze krzyżaccy, zaczęli utrudniać torunianom interesy. Chcieli czerpać coraz to większe zyski z wiślanego handlu. Nic dziwnego, że mieszkańcy Torunia zapragnęli pozbyć się ciężaru krzyżackiej władzy.

Jak pozbyć się krzyżaków z Torunia?

Najbardziej pomysłowi mieszczanie sprzysięgli się przeciw krzyżakom i zaplanowali wypędzić ich z miasta. Rzecz nie była łatwa. Zamek, który zamieszkiwali rycerze, był budowlą mocną, położoną blisko Wisły, tuż za murami Starego Miasta Torunia. Otaczały go grube obwarowania, a pośrodku dziedzińca zamkowego stała ośmiokątna wieża. Torunianie potrzebowali sposobu, by wedrzeć się na zamek. Wpadli na pomysł, który miał doprowadzić ich do celu. Przypomnieli sobie o krzyżackim kucharzu Jordanie. Pracował w zamkowej kuchni i gotował dla rycerzy. Na ich nieszczęście, nie darzył ich wielką sympatią. Jego znakiem rozpoznawczym była długa chochla, z którą się nie rozstawał. Torunianie łatwo dogadali się z Jordanem. Ustalili w sekrecie, że gdy Krzyżacy będą na wieczerzy, on da znak do ataku. Rozmyślał, jak powiadomić mieszczan i rycerzy w odpowiedniej chwili, a jednocześnie nie dać się przyłapać na gorącym uczynku. Gdy wszystko było zaplanowane, rozstali się, oczekując sądnego dnia.

Napaść na zamek

Nadszedł 7 lutego 1454 roku. Było już ciemno, gwar w mieście ustał, w dodatku doskwierało zimno.  Mieszkańcy pochowali się w swoich kamienicach. Nikt bez potrzeby nie szedł w okolicę zamku. Kucharz po ciężkim dniu przycupnął na taborecie, obserwując jedzących i pijących wino rycerzy. Gdy wieczerza trwała w najlepsze, a bracia zakonni stracili właściwą sobie czujność, Jordan pobiegł na szczyt czterdziestometrowej wieży. Natychmiast dał umówiony znak kucharską łyżką. Machał chochlą ile sił, lecz nie był pewien, czy jego sygnał był widoczny w zimowej ciemności. Przygotowani do ataku mieszczanie zauważyli go od razu i prędko ruszyli na zamek. Wyłamali bramę i zaczęli strzelać z obu stron. Na przedzamczu pojawił się ogień. Wśród krzyżaków zapanowało wielkie zamieszanie. Wykorzystując to, torunianie w pośpiechu podłożyli proch pod wieżę, aby ją wysadzić. Była ona niesłychanie ważna, ponieważ mogła dać ostatnie schronienie obrońcom warowni. Tymczasem Jordan ze strachu nie ruszył się z miejsca. Przyglądał się wydarzeniom przez malutki otwór w murze. Nie pomyślał, że mieszczanie postanowią wysadzić wieżę tak szybko! Wybuch ogłuszył go, a nadzwyczajna siła wyrzuciła prosto w powietrze. Wzniósł się nad Stare Miasto i gładko opadł na dach Bramy Chełmińskiej. Poczciwy kuchcik nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń.

Zakonnicy przepędzeni

Walki zakończyły się szybko, a mieszczanie zdobyli krzyżacką twierdzę. Pojmano wszystkich rycerzy i odesłano z Torunia z życzeniem, aby nigdy więcej do niego nie powracali. Jednak co się stało z Jordanem? Siedział na dachu bramy do następnego ranka. Bał się oskarżenia o zdradę. Z podsłuchanej rozmowy przechodniów dowiedział się o pokonaniu krzyżaków. Dopiero wtedy zawołał po pomoc. Gapie radowali się na widok kucharza z chochlą za pasem i na długo zapamiętali to zdarzenie. Na bramie umieścili żelazną wywieszkę przedstawiającą kucharza w czapce unoszącego długą łyżkę. Przypominała niepozornego bohatera.

 

Wywieszkę z Jordanem znajdziecie w muzeum w Ratuszu Staromiejskim. Czy rzeczywiście przedstawia kuchcika? To pozostaje zagadką. Odwiedźcie koniecznie ruiny zamku krzyżackiego w Toruniu. W otoczeniu zieleni prezentują się niezwykle malowniczo.

 

Opracowanie legendy: Dom Legend Toruńskich

Legenda o bohaterskim kocie

 

 

 

Mysia plaga nawiedza Toruń

Było ciepłe lato, torunianie radowali się obfitymi zbiorami zbóż, w które obrodziła piękna ziemia chełmińska. Przedsiębiorczy kupcy handlujący żytem i pszenicą napełniali ziarnem swe spichlerze. Na polecenie burmistrza gromadzono zapasy, aby w mieście nie mogło zabraknąć jedzenia. Tymczasem opiekujący się spichlerzami zauważyli w ich okolicy myszy. Nie ma gorszego nieszczęścia niż wszędobylskie gryzonie. Po krótkim czasie myszy było tak wiele, że z pewnością spustoszyłyby wszystkie toruńskie magazyny.

Koci leniuch

Władze miasta orzekły – Wezwijmy na pomoc koty! – Sprowadzono sporą kocią gromadę, oczekując rychłego pozbycia się mysiej plagi. Spośród kotów wyróżniał się jednak bury kocur. Za nic w świecie nie chciał łapać myszy. Niekiedy tylko chwytał tłuste muchy i zjadał je, głośno mlaskając. Jego ulubionym zajęciem były spacery po murach okalających miasto. Najczęściej zaś wygrzewał się w słońcu strosząc futro. Zdobył także sympatię strażników miejskich. Często dostawał okruszki z ich śniadań, a nawet kawałek kiełbasy. Zimą dali mu miejsce w Bramie Chełmińskiej, aby nie musiał marznąć.

Wróg u bram Torunia

Pewnego mroźnego lutowego dnia 1629 roku, kocura zbudziły okrzyki i tupanie strażników. Zaciekawiony, jednym susem wyskoczył ze swojej skrzynki i znalazł się w środku wielkiego poruszenia. Na miasto najechali Szwedzi przysłani przez groźnego króla Gustawa Adolfa. Szturmowali mury miejskie. Wystrzały armatnie ogłuszały, mróz szczypał w nos, lecz kot wcale nie szukał cichego kącika. Dotąd leniwy, w końcu pokazał swoje waleczne oblicze. Odbijając się od ramienia jednego ze zbrojnych mieszczan, wskoczył na mur i atakował. Przyczajał się na wroga z góry i – jeśli tylko któryś przedarł się przez bramę – drapał go i gryzł. Z wielką zwinnością chwytał Szwedów za nogi i zadawał im liczne rany.

Kot broni miasta przed Szwedami

Walka trwała dwa dni i po wielokroć wystrzeliwała legendarna armata nazywana „Mnichem”. Koniec zawieruchy był dla torunian szczęśliwy. Zwycięstwo! Strażnicy broniący barbakanu i Bramy Chełmińskiej wyszli ze starcia cało, podobnie jak dzielny kot. Wieść o zasługach pręgowanego leniucha, który nie chciał łapać myszy, rozeszła się szybko. Opowiadano sobie o nim w karczmach i kramach. Aby okazać wdzięczność kociemu żołnierzowi, torunianie nadali nowe kocie nazwy budowlom obronnym znajdującym się wokół Bramy Chełmińskiej. Cztery smukłe wieże zostały Kocimi Łapami, baszta na jednym krańcu otrzymała miano Kociego Ogona, a ta na drugim – Kociego Łba. Barbakan zaś – jako najpotężniejszy – nazwano Kocim Brzuchem.

 

Dziś, wędrując do samego końca ulicy Podmurnej, zobaczyć można już tylko Koci Łeb. Basztę rozpoznacie po okrągłej sylwetce. Spróbujcie też poszukać kota przyczajonego na dachu kamienicy przy Rynku Staromiejskim nieopodal Dworu Artusa.

 

Opracowanie legendy: Dom Legend Toruńskich

Pokazy legend dla dorosłych

 

Atrakcja nie tylko dla dzieci

 

Jeśli sądzicie, że legendy to opowiastki dla dzieci, to podczas wizyty u nas zmienicie zdanie.

Pokaz legend toruńskich to żywe show z udziałem publiczności. Nikogo nie ominie rola bohatera legendy. Będą rozbrzmiewać gromkie okrzyki i salwy śmiechu. Wprawieni w bojach animatorzy poprowadzą zabawę tak, by nie zabrakło okazji do żartu i spontanicznych zwrotów akcji. Zadbamy także o zdrową dawkę pikantnych szczegółów. Poznacie oparte na historii legendy o niemal osiemsetletnim Toruniu.

Zaproście szwagra, kuzyna i teściową, wszyscy zostaną legendami!

  • Zamkniecie mężów w klatce i żony w dybach.
  • Odwołacie koniec świata.
  • Oddacie hołd Bachusowi – bogu wina i dobrej zabawy.
  • Osądzicie groźną czarownicę.
  • Król Jagiełło po raz kolejny nie uniknie szkaradnego prysznica, a krzyżak znów zgrzeszy i za karę wybuduje wieżę krzywą jak jego sumienie.

 

Legendy dla dorosłych

 

Zapraszamy w piątki o g. 17:00.

Pokaz trwa ok. 45 min.

Wejście: 19 zł / os.

Bilety KONIECZNIE rezerwujcie pod nr 566 210 714.

Pamiętajcie by nie zabierać ze sobą dzieci.

Wszystkich bez wyjątku obowiązują maseczki na nos i usta.